wtorek, 31 lipca 2012

"Międzyczas"...


Ostatnio mam telefon z domu. Teściowa w słuchawce mówi że Kasia chciała coś powiedzieć
 i dała jej słuchawkę. Uradowana słucham z uwagą a ona do mnie " Mama, jem cucu!".
Oj, to był cios poniżej pasa świadczący albo o jej:

a) szczerości

b) spontaniczności

c) złośliwości - bo w końcu co ja mogę na odległość :)

No nic. Stawiam na szczerość. Chociaż relacja męża o innej Kasinej "gafie" ponownie mnie rozłożyła na łopatki.

Kasia do niego:  "Mogę baję"?

Michał: "Nie Kasiu" Ona: "Ale mamy nie ma" ...

Powyższym dużo pracy przed nami po wyjściu ze szpitala... Coś czuję że mnie dziecko będzie samo teraz wysyłać do szpitala niewinnym pytaniem "Mama idzie do szpitala?" bądź też bardziej pośrednio (po tacie) : "Mama idzie do szpitala". Bez znaku pytającego na końcu...

Tęskni mi się szalenie, bo mimo sobotnich odwiedzin nie naprzytulałam z moją dzieciną na zapas. Marzy mi się, by w poniedziałek stąd wyjść. Wtedy to będzie jeszcze do wytrzymania. W tym miejscu muszę dodać, że dostałam od córki dwie odznaki dzielnego pacjenta :). To naprawdę podnosi... ;)

A ze szpitalnych relacji: Znów poczułam się robocopem i zamiast skręcać głową na razie skręcam całą sobą a to za sprawą kolejnego już gadźetu na szyi - sterczących niczym u indora koralików. To już kolejny bajer tyle, że po drugiej stronie szyi. Na szczęście nie na długo, choć ślad po tym zostanie. Teraz wszystkie kroplówki przyjmuję przez to ustrojstwo wprost do żyły szyjnej grubej. Dziwne nieco uczucie - czuć przyjemny chłód płynów ale i alkoholowy zapach "płukanek" w ustach.
Cała instalacja wkłucia centralnego nie była znów taka najgorsza - porównywalna z założeniem portu, choć chyba ze strony lekarza było trochę mniej "przemocy" i krócej. A bardzo się tego jakoś bałam. Zresztą ja boję się tutaj praktycznie wszystkich zabiegów pod którymi konieczny jest podpis pacjenta. A podpisywać trzeba praktycznie wszystko i za każdym razem na nowo. Za każdym razem zgodę na chemię, na wszelkiego rodzaju wkłucia, na wszystkie wykonywane tu zabiegi. Więc zawsze jest wyjście, zawsze też można powiedzieć "nie" pobraniu krwi. Tyle, że sama obecność tutaj znaczy, że się to wszystko akceptuje. Więc po co te formalności..
.
Od jutra pełen kontroling krwi a raczej ilości "białych". I "ulubiony" neupogen, którego wprost nie mogę się doczekać.

Dobra, to sobie tak czekam na rozwój wydarzeń a w tak zwanym międzyczasie propozycja odsłuchania duetu sióstr nieco w klimacie Bjork (dla wybrańców). PA!


8 komentarzy:

  1. oby meczace ale skuteczne sie okazalo leczenie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby oby. Skuteczne wystarczy choć i tak już jest męczące:/

      Usuń
  2. neupogen kładzie, ale po to by wstać! i by tulić :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj potuliłabym, potuliła... Kto chętny?:)

      Usuń
  3. Opisałam się,opisałam i... internet się rozłączył.Podsumowując:talent do pisania masz niewątpliwie,u dzieci TO normalne,mobilizuj komórki! :)))))
    Pozdrawiam
    Annamarchewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ba, ale znasz Aniu sposoby na mobilizację komóreczek? Chyba tylko wizja rodzinnego przytulania pomaga:)Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Ewuniu, modlę się, trzymam kciuki, czy jak wolisz, ale całym sercem, myślami, jestem z Wami.
    A ,,cucu", no cóż, jest słodkie i pewnie smaczne:), więc nie ma co się dziwić dziecku...
    Jak wyzdrowiejesz, ,,wyprostujesz" Kasię, notabene, moją imienniczkę...a na razie, niech cieszy się życiem i słodkościami....

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo dziękuję i za modlitwę i za kciuki, żadnym nie gardzę a zwłaszcza pierwszym. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń