Dzisiaj trochę pomarudzę, choć postaram się jak najmniej. Wszystko przez ten cholerny ból niemal wszystkich kości i głowy. Dodatkowo jestem jakaś rozpalona, a termometr nic nie wykrywa ;).
"Nadejdzie czas, że wszystko skończone. I to będzie POCZĄTEK." Louis L'amour
poniedziałek, 20 lutego 2012
niedziela, 19 lutego 2012
Najlepszego. I na razie...
Adam, w sobotę miałbyś 37 urodziny. Jak żyłeś rzadko komu zdarzyło się o nich pamiętać. Ale nie zapomnę numeru, jaki zrobiła Twoja Justyna naszym rodzicom dokładnie rok temu. Wykręciła do nich nr tel i rzuciła ojcu tekst, że pewnie nie pamięta, ale że Adam ma dziś urodziny i odłożyła słuchawkę. To było mistrzowskie zagranie. Z miejsca ją polubiłam :).
czwartek, 16 lutego 2012
Do dziesięciu kolejno odlicz...
Przez wczorajszą aurę pokonanie 100km do CO zajęło nam ok. 3,5h. Inni pacjenci chyba się tego dnia poddali i odpuścili, bo w rejestracji było przede mną tylko 20 osób a po krew nie stałam nic. Szok.
wtorek, 14 lutego 2012
L'amour? Qu'e est-ce que l'amour?
Dziwne święto. Nie ma tego dnia sklepu w którym by się człowiek nie zaopatrzył w spóźniony ale zawsze prezent dla ukochanego. Wszystkie sklepy chcą mieć w tym dniu swój udział i dostać swój kawałek tortu.
I wszystko jasne.
Wynik był po ponad trzech tygodniach. ZZ, typ NS. Dostałam na piśmie to, co było do przewidzenia, więc nie było jakiejś gwałtownej reakcji, wybuchu rozpaczy. Tylko uścisk męża i postanowienie, że damy radę, że ja dam radę.Wsparcie Michała jest dla mnie ważne ale niczego nie świadome dziecko daje jednak najwięcej siły do walki.Dzieciak nie wie, że mama czasami źle się czuje. Nigdy na tyle źle, żeby nie mogła dostać buziaka czy przytulasa.
sobota, 11 lutego 2012
Czekając na werdykt.
W prezencie za męczarnie dostałam calutki miesiąc wolnego od pracy :). Szczerze, to spodziewałam się tygodnia, może dwóch, ale nie miesiąca... Robocopem byłam jeszcze przez jakiś tydzień. W tym czasie żywiłam się głównie nurofenem. I jednak nadzieją. Wejście na trzecie piętro do teściowej wiązało się dla mnie z koniecznością robienia sobie na każdym półpiętrze postoju, więc raczej nie wypuszczałam się za daleko z domu. Raz poszłam do pobliskiego osiedlowego sklepu. Kupiłam dwa soki i jakiś drobiazg. Pamiętam, że jak weszłam do domu to przez dłuższą chwilę nie mogłam złapać tchu. Płyn w płucach dawał jeszcze długo o sobie znać, najbardziej w nocy. Michał co jakiś czas sprawdzał, czy mnie nie udusiło przypadkiem :) Zasypiałam dosyć późno, bo nie mogłam sobie znaleźć w miarę wygodnej pozycji do spania. Leżenie na plecach nie wchodziło w grę, na boku też nie bardzo, na brzuchu z uwagi na operację też odpadało. Najwygodniej było w pozycji siedzącej, ale to z kolei na krótki czas. Noc była dla mnie jakimś koszmarem. Raz pamiętam, że dosyć łatwo zasnęłam w samochodzie i tam mi było najlepiej, ale przecież nie będę spędzać nocy w garażu :P. W ogóle czas się ciągnął w nieskończoność. Po dwóch tygodniach wyniku wciąż nie było. W domu nie mówiło się praktycznie o niczym innym. Wszystkich nas ponosiły nerwy. Teściowa jeszcze co dzień powtarzała, że na pewno to nie "TO", więc nie ma co się przejmować a ja kontratakowałam ją w myślach, że jeżeli to jednak "TO" to co? I tak należę do ludzi, którzy przejmują się najdrobniejszą głupotą, a tu jeszcze taki podarek... W dodatku jestem słaba psychicznie, a zawsze uważałam, że tylko silni zwyciężają takie rzeczy. I zawsze jak czytałam o osobach którym się przytrafił rak, to podziwiałam jednocześnie myśląc, że ja tam bym nie dała rady. Że na każdym kroku bym płakała a z takim podejściem, to niewiele można zdziałać. Myślałam, że tylko ci najsilniejsi to wygrywają. I zazdrościłam im tej siły.
Właściwie to niby czekałam na wynik, ale wiedziałam, że diagnoza będzie wskazywała na nowotwór. Michał chyba też się nie łudził. Oboje wtedy mieliśmy fazę na ustawiczne wyznawanie sobie miłości. Oboje też chcieliśmy naprawić lub poprawić relacje. Ja miałam jakieś dziwne poczucie, że nie powinnam po sobie pozostawiać złych wspomnień. Michał też chciał się pokazać z tej dobrej strony. Przez całe dwa tygodnie nie grał na kompie, co w jego przypadku jest niezłym wyczynem. Byłam przekonana, że zawarł jakiś pakt z diabłem.. Zapytany o to odpowiedział, że nie darowałby sobie, jakby coś się miało stać, że stracił tyle czasu. Co prawda przerzucił się na gry w telefonie na które tracił porównywalną pod ilość czasu, ale i tak byłam z niego dumna. I miałam nadzieję, że mu już tak zostanie... A przecież w każdej chwili może się z którymś z nas coś stać, abstrahując już od choroby. Nigdy nie wiesz, co przyniesie następny dzień, więc "go chwytaj", nie marnuj. Dobija mnie myśl, że Michał jako mąż i ojciec naprawdę cudownej kruszyny potrafi poświęcać często więcej czasu nieznajomym w sieci niż najbliższym i tego czasu tym obcym zazdroszczę. Jestem wyrozumiała i tolerancyjna. Staram się być. Ale często tak mnie ta wewnętrzna złość na niego nakręca, że lepiej, by nie znał wtedy moich myśli, bo i tak by w nie nie uwierzył ;). Tak poza tym jest złotym chłopakiem, więc nie ma tematu :) a nikt przecież nie jest idealny, zwłaszcza ja, więc chyba powinnam odpuścić. Powinnam ;)?
No dobra, niby gdzieś tam w głębi wiedziałam jaka będzie prawda i co z tym dalej? Bałam się jak cholera. Cały czas się boję. W końcu sama do niedawna należałam do osób, którym słowo "nowotwór" nieodłącznie kojarzyło się ze śmiercią. Pamiętam, że jak jeszcze w szpitalu zapytałam Michała jak to się leczy, a na odpowiedź, że chemią, wybuchłam płaczem. Ojciec często powtarzał, że chemia żywi, ubiera i zabija... , przy czym nie miał na myśli "tej chemii". Pierwsze moje skojarzenie to wychudzony człowiek z wielkimi oczodołami podpięty do kroplówki , łysą głową ,smutnym spojrzeniem z iskierką nadziei.
Wracając do werdyktu, to ten przyszedł niespodziewanie po przeszło trzech bodaj najdłuższych w moim życiu tygodniach...
Była Bogi. Miłe spotkanie. Serdeczne uściski, których i tak mam niedosyt (jak obie stwierdziłyśmy głupio się tak ściskać w połowie spotkania, więc skończyło się na dwóch - powitalnym i pożegnalnym), opróżniona butelka wina której opróżniać nie powinnam i trochę greckiej muzyki na kompie. Fajnie mieć świadomość, że są tam ludzie, którym na nas zależy jednak i tak człowiek zostaje później z tym wszystkim sam. I sam musi podjąć się walki, a walka jest nierówna...
Przypadkiem wpadłam na taki oto kawałek. Posłuchajcie.
http://www.youtube.com/watch?v=yiMbzWujLEk
Właściwie to niby czekałam na wynik, ale wiedziałam, że diagnoza będzie wskazywała na nowotwór. Michał chyba też się nie łudził. Oboje wtedy mieliśmy fazę na ustawiczne wyznawanie sobie miłości. Oboje też chcieliśmy naprawić lub poprawić relacje. Ja miałam jakieś dziwne poczucie, że nie powinnam po sobie pozostawiać złych wspomnień. Michał też chciał się pokazać z tej dobrej strony. Przez całe dwa tygodnie nie grał na kompie, co w jego przypadku jest niezłym wyczynem. Byłam przekonana, że zawarł jakiś pakt z diabłem.. Zapytany o to odpowiedział, że nie darowałby sobie, jakby coś się miało stać, że stracił tyle czasu. Co prawda przerzucił się na gry w telefonie na które tracił porównywalną pod ilość czasu, ale i tak byłam z niego dumna. I miałam nadzieję, że mu już tak zostanie... A przecież w każdej chwili może się z którymś z nas coś stać, abstrahując już od choroby. Nigdy nie wiesz, co przyniesie następny dzień, więc "go chwytaj", nie marnuj. Dobija mnie myśl, że Michał jako mąż i ojciec naprawdę cudownej kruszyny potrafi poświęcać często więcej czasu nieznajomym w sieci niż najbliższym i tego czasu tym obcym zazdroszczę. Jestem wyrozumiała i tolerancyjna. Staram się być. Ale często tak mnie ta wewnętrzna złość na niego nakręca, że lepiej, by nie znał wtedy moich myśli, bo i tak by w nie nie uwierzył ;). Tak poza tym jest złotym chłopakiem, więc nie ma tematu :) a nikt przecież nie jest idealny, zwłaszcza ja, więc chyba powinnam odpuścić. Powinnam ;)?
No dobra, niby gdzieś tam w głębi wiedziałam jaka będzie prawda i co z tym dalej? Bałam się jak cholera. Cały czas się boję. W końcu sama do niedawna należałam do osób, którym słowo "nowotwór" nieodłącznie kojarzyło się ze śmiercią. Pamiętam, że jak jeszcze w szpitalu zapytałam Michała jak to się leczy, a na odpowiedź, że chemią, wybuchłam płaczem. Ojciec często powtarzał, że chemia żywi, ubiera i zabija... , przy czym nie miał na myśli "tej chemii". Pierwsze moje skojarzenie to wychudzony człowiek z wielkimi oczodołami podpięty do kroplówki , łysą głową ,smutnym spojrzeniem z iskierką nadziei.
Wracając do werdyktu, to ten przyszedł niespodziewanie po przeszło trzech bodaj najdłuższych w moim życiu tygodniach...
Była Bogi. Miłe spotkanie. Serdeczne uściski, których i tak mam niedosyt (jak obie stwierdziłyśmy głupio się tak ściskać w połowie spotkania, więc skończyło się na dwóch - powitalnym i pożegnalnym), opróżniona butelka wina której opróżniać nie powinnam i trochę greckiej muzyki na kompie. Fajnie mieć świadomość, że są tam ludzie, którym na nas zależy jednak i tak człowiek zostaje później z tym wszystkim sam. I sam musi podjąć się walki, a walka jest nierówna...
Przypadkiem wpadłam na taki oto kawałek. Posłuchajcie.
http://www.youtube.com/watch?v=yiMbzWujLEk
piątek, 10 lutego 2012
Tymczasem w " gruźlikowie"
(...) W drodze do warszawskiego Szpitala Chorób Płuc i Gruźlicy myślałam, że jest w tej szpitalnej przeprowadzce ten plus, że na pewno łazienka w takim specjalistycznym szpitalu pozwoli się spokojnie umyć, bez zbędnych podchodów, słowem oczekiwałam że każdy jeden szpital będzie dysponował lepszymi warunkami, niż mój lokalny. O jak się tak mogłam mylić! Masakra.
Czekając na swoją kolej do pokoju pielęgniarek już na odpowiednim oddziale obserwowałam, obserwowałam i oczom oraz uszom nie wierzyłam. Średnia wieku pacjentów to jakieś 60 lat, to raz.
Dwa, miałam wrażenie, że trafiłam do jakiegoś starego, przedwojennego lazaretu... Niektóre sale były tak szczelnie zamknięte metalowymi przesuwanymi drzwiami, że mnie to przerażało. Na szczęście ja do takiej nie trafiłam.
A tak na marginesie, jak ktoś z Was ma problem z rzuceniem palenia, niech się wybierze do tego szpitala i siądzie przez parę minut na korytarzu i niech popatrzy na tych wszystkich dziadków z dziurami w przełykach (wciąż jednak jarających)...
Ciekawi jesteście pewni łazienki? Cóż. Nie powinnam narzekać, bo chociaż nic się nie chybotało ;), ale zostawię ją bez komentarza, brrr. Plus za to, że panowie mieli swoją...
Zatem czekam sobie na korytarzu na swoją kolej przed dyżurką pielęgniarek i przez otwarte drzwi widzę, jak niemal każdy pacjent wychodzi z dziwnymi wytycznymi co do czekającej go następnego dnia operacji i zielonym zawiniątkiem w które ma się nazajutrz po porannej kąpieli oblec... Przerażona dzwonię do Michała i wszystko mu relacjonuję. Chłopak stara się jak może, by mnie pocieszyć, jednak na niewiele się to zdaje, kiedy i ja chwilę później dowiaduję się o obfitym we wrażenia dniu następnym.
Operacyjny uniform nie był zbytnio zabudowany, ale na szczęście dla mnie, rozmiarowo mocno za duży.
Panie na sali były oczywiście elokwentne, kulturalne, wykształcone i tak bardzo "stoliczne", że aż było to śmieszne (ale przynajmniej nikt mi w nocy nie sikał pod łóżko).
Lekarz na wieczornym obchodzie zastrzegł, że tego płynu w lewej opłucnej jest jeszcze sporo i nie wykluczył, że mogą mi przy okazji operacji zrobić drenaż (to się wiąże z dłuższym pobytem w szpitalu). Poprosił też, bym oprócz zgody na mediastinoskopię (ową planową operację) wyraziła też zgodę na mediastinotomię, bo w trakcie zabiegu może się to okazać konieczne. Jak dla mnie te zabiegi niczym się zbytnio nie różniły, ale w sumie nie wnikałam, tylko grzecznie podpisałam co trzeba. Wieczorem zrobili mi też kolejne prześwietlenie, by ocenić faktyczną ilość płynu w płucach.
Najgorzej wspominam ranek dnia następnego. Trzeba było wziąć prysznic, przywdziać to urocze zielone wdzianko z cieniutkiej przeźroczystej fizeliny , "naznaczyć się" u pielęgniarek i czekać na swoją kolej na zabieg.
Pech chciał, że w poprzednim szpitalu pomylili się i w wypisie podali zły miesiąc pobytu w wyniku czego musieli mi robić ponownie badania z krwi.. Rano nic nie piłam (byłam przekonana, że mi nie wolno), byłam zestresowana (i moje żyły też), więc zaliczyłam łącznie około 8 różnych wkłuć by mogli zdobyć odrobinę krwi niezbędnej do badań. Już po trzecim wkłuciu, jak widziałam ponownie zbliżającą się pielęgniarkę z kompletem kolejnych igieł - płakałam (zielono - fioletowa barwa na rękach nie schodziła z nich około miesiąca). Od tamtej chwili przy każdym pobraniu krwi odwracam nerwowo głowę w drugą stronę i zadaję tylko jedno pytanie : "leci?".
Godzina całego zabiegu przesuwała się dodatkowo, przez zbyt wysoki potas we krwi, który zbijano dwiema kroplówkami. Kiedy wyniki wreszcie były satysfakcjonujące doczekałam się na swoją kolej (teoretycznie miałam być chyba 9ta na liście operowanych tego dnia, a lista była dłuuga... Oj, natną się tam chirurdzy, natną...)
Operacja którą mi zgotowali polegała na pobraniu węzła chłonnego ze śródpiersia. I na tym na szczęście tylko się skończyło. Ku mojemu miłemu zdziwieniu obudziłam się i byłam jeszcze trochę na sali operacyjnej na obserwacji. Było dobrze. Do momentu, gdy leciała kroplówka z przeciwbólowymi. Potem już było pod górkę... Kaczka, ból, niemożność podnoszenia głowy, znów kaczka...
Na następny dzień wypisano mnie do domu. Ja, robocop z głową w jednej pozycji wreszcie opuściłam to miejsce. Wyniki miały być za jakieś max. dwa tygodnie. Oboje z Michałem wierzyliśmy, że diagnoza będzie dla nas pomyślna ale tej wiary pozbawiła nas rozmowa z lekarzem operującym, który powiedział, że wstępne rozeznanie z operacji potwierdza ziarnicę. Ale, co on tam może wiedzieć, prawda? Cuda się zdarzają a on brutalnie próbował pozbawić nas wiary w nie...
.....................................to be continued.....................................................
Jutro odwiedza mnie "grecka siostra, Bogi, co oznacza parę ekstra uścisków :), więc nie wiem, czy znajdę chwilę na wpis :/ .
Na koniec kawałek dający do myślenia, a szczególnie polecam go jednej osobie, która czyta ten blog i ... narzeka na codzienność. Proszę, pomyśl tylko jak wiele możesz i zobacz, że naprawdę nie masz tak źle... Sam fakt, że jesteśmy w pełni sprawni fizycznie czyni z nas prawdziwych farciarzy. Życie jest krótkie, więc cieszmy się każdą chwilą tej podróży, jakkolwiek wydaje nam się ona pechowa czy mało interesująca. Wg mnie na życie składają się nasze wybory i fart, czy opatrzność boska, nazywajcie to jak chcecie, więc co najmniej w połowie sami sobie piszemy scenariusz na życie... Dobrej nocy!
Czekając na swoją kolej do pokoju pielęgniarek już na odpowiednim oddziale obserwowałam, obserwowałam i oczom oraz uszom nie wierzyłam. Średnia wieku pacjentów to jakieś 60 lat, to raz.
Dwa, miałam wrażenie, że trafiłam do jakiegoś starego, przedwojennego lazaretu... Niektóre sale były tak szczelnie zamknięte metalowymi przesuwanymi drzwiami, że mnie to przerażało. Na szczęście ja do takiej nie trafiłam.
A tak na marginesie, jak ktoś z Was ma problem z rzuceniem palenia, niech się wybierze do tego szpitala i siądzie przez parę minut na korytarzu i niech popatrzy na tych wszystkich dziadków z dziurami w przełykach (wciąż jednak jarających)...
Ciekawi jesteście pewni łazienki? Cóż. Nie powinnam narzekać, bo chociaż nic się nie chybotało ;), ale zostawię ją bez komentarza, brrr. Plus za to, że panowie mieli swoją...
Zatem czekam sobie na korytarzu na swoją kolej przed dyżurką pielęgniarek i przez otwarte drzwi widzę, jak niemal każdy pacjent wychodzi z dziwnymi wytycznymi co do czekającej go następnego dnia operacji i zielonym zawiniątkiem w które ma się nazajutrz po porannej kąpieli oblec... Przerażona dzwonię do Michała i wszystko mu relacjonuję. Chłopak stara się jak może, by mnie pocieszyć, jednak na niewiele się to zdaje, kiedy i ja chwilę później dowiaduję się o obfitym we wrażenia dniu następnym.
Operacyjny uniform nie był zbytnio zabudowany, ale na szczęście dla mnie, rozmiarowo mocno za duży.
Panie na sali były oczywiście elokwentne, kulturalne, wykształcone i tak bardzo "stoliczne", że aż było to śmieszne (ale przynajmniej nikt mi w nocy nie sikał pod łóżko).
Lekarz na wieczornym obchodzie zastrzegł, że tego płynu w lewej opłucnej jest jeszcze sporo i nie wykluczył, że mogą mi przy okazji operacji zrobić drenaż (to się wiąże z dłuższym pobytem w szpitalu). Poprosił też, bym oprócz zgody na mediastinoskopię (ową planową operację) wyraziła też zgodę na mediastinotomię, bo w trakcie zabiegu może się to okazać konieczne. Jak dla mnie te zabiegi niczym się zbytnio nie różniły, ale w sumie nie wnikałam, tylko grzecznie podpisałam co trzeba. Wieczorem zrobili mi też kolejne prześwietlenie, by ocenić faktyczną ilość płynu w płucach.
Najgorzej wspominam ranek dnia następnego. Trzeba było wziąć prysznic, przywdziać to urocze zielone wdzianko z cieniutkiej przeźroczystej fizeliny , "naznaczyć się" u pielęgniarek i czekać na swoją kolej na zabieg.
Pech chciał, że w poprzednim szpitalu pomylili się i w wypisie podali zły miesiąc pobytu w wyniku czego musieli mi robić ponownie badania z krwi.. Rano nic nie piłam (byłam przekonana, że mi nie wolno), byłam zestresowana (i moje żyły też), więc zaliczyłam łącznie około 8 różnych wkłuć by mogli zdobyć odrobinę krwi niezbędnej do badań. Już po trzecim wkłuciu, jak widziałam ponownie zbliżającą się pielęgniarkę z kompletem kolejnych igieł - płakałam (zielono - fioletowa barwa na rękach nie schodziła z nich około miesiąca). Od tamtej chwili przy każdym pobraniu krwi odwracam nerwowo głowę w drugą stronę i zadaję tylko jedno pytanie : "leci?".
Godzina całego zabiegu przesuwała się dodatkowo, przez zbyt wysoki potas we krwi, który zbijano dwiema kroplówkami. Kiedy wyniki wreszcie były satysfakcjonujące doczekałam się na swoją kolej (teoretycznie miałam być chyba 9ta na liście operowanych tego dnia, a lista była dłuuga... Oj, natną się tam chirurdzy, natną...)
Operacja którą mi zgotowali polegała na pobraniu węzła chłonnego ze śródpiersia. I na tym na szczęście tylko się skończyło. Ku mojemu miłemu zdziwieniu obudziłam się i byłam jeszcze trochę na sali operacyjnej na obserwacji. Było dobrze. Do momentu, gdy leciała kroplówka z przeciwbólowymi. Potem już było pod górkę... Kaczka, ból, niemożność podnoszenia głowy, znów kaczka...
Na następny dzień wypisano mnie do domu. Ja, robocop z głową w jednej pozycji wreszcie opuściłam to miejsce. Wyniki miały być za jakieś max. dwa tygodnie. Oboje z Michałem wierzyliśmy, że diagnoza będzie dla nas pomyślna ale tej wiary pozbawiła nas rozmowa z lekarzem operującym, który powiedział, że wstępne rozeznanie z operacji potwierdza ziarnicę. Ale, co on tam może wiedzieć, prawda? Cuda się zdarzają a on brutalnie próbował pozbawić nas wiary w nie...
.....................................to be continued.....................................................
Jutro odwiedza mnie "grecka siostra, Bogi, co oznacza parę ekstra uścisków :), więc nie wiem, czy znajdę chwilę na wpis :/ .
Na koniec kawałek dający do myślenia, a szczególnie polecam go jednej osobie, która czyta ten blog i ... narzeka na codzienność. Proszę, pomyśl tylko jak wiele możesz i zobacz, że naprawdę nie masz tak źle... Sam fakt, że jesteśmy w pełni sprawni fizycznie czyni z nas prawdziwych farciarzy. Życie jest krótkie, więc cieszmy się każdą chwilą tej podróży, jakkolwiek wydaje nam się ona pechowa czy mało interesująca. Wg mnie na życie składają się nasze wybory i fart, czy opatrzność boska, nazywajcie to jak chcecie, więc co najmniej w połowie sami sobie piszemy scenariusz na życie... Dobrej nocy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
